ZAWÓD czy POWOŁANIE?

Z Mateuszem Sieradzanem, ratownikiem medycznym i pielęgniarzem na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, autorem książek i bloga Pan Pielęgniarka, rozmawia Agata Tokarska.

Mateusz Sieradzan

Śniło mi się, że trafiłam na twój SOR. Jak myślisz, czy to był dobry sen, czy koszmar?

To nie mógł być dobry sen. To już przed pandemią nie mógł być dobry sen… To są sporadyczne przypadki, kiedy pacjent dobrze wspomina SOR, i one są zazwyczaj efektem tego, że spotkał ludzi, którzy nie mają wywalone na to, co się z nim dzieje, nie są obrażeni na pracę, wściekli na dyrektorów… To znaczy mogą być wściekli, bo ja też jestem wściekły na to wszystko, co widzę… Ale nie przeszkadza im to w robieniu dobrej roboty. Może się tak zdarzyć, że ktoś wyszedł z SOR-u z poczuciem, że może długo czekał, ale został kompetentnie załatwiony, ale to oznacza, że trafił na ten niewielki procent personelu, który jest na SOR-ze, bo naprawdę chce. I jeszcze się nie wypalił, obserwując to wszystko, co się dzieje.

Przed pandemią nie było dobrze, a teraz jest bardzo ciężko. Żyjemy w takich czasach, kiedy trzeba na siebie bardzo uważać, żeby nie musieć mieć kontaktu z ochroną zdrowia w Polsce, bo jest ona teraz tak niewydolna, że pacjent, który ma jakiś uraz niewymagający natychmiastowego zaopatrzenia, może czekać na karetkę cztery do sześciu godzin. Czy sytuacja sprzed kilku dni, kiedy syn reanimował ojca godzinę, dlatego że karetka nie była dostępna. Normalnie przyjechałaby w ciągu 15–20 minut. Dlatego wszystkim to powtarzam, moi koledzy też, żeby trzymać się od ochrony zdrowia jak najdalej, bo trudno jest teraz dostać pomoc, i to jest wina wieloletnich zaniedbań.

A wcześniej, kiedy nie mieliśmy pandemii, dlaczego tak długo się czekało na SOR-ach?

Te wszystkie problemy wynikają z wielu czynników. Pierwszy i kluczowy to jest niedofinansowanie, bo za tym idą kolejne patologie. W dużym skrócie – niedofinansowanie powoduje, że mało ludzi chce pracować w publicznej ochronie zdrowia. Studia medyczne są trudne i wymagają dużo samozaparcia, więc jeśli ktoś już je skończył, to jego jako wysoko wykształconego specjalisty nie urządza praca za dwa, trzy tysiące miesięcznie, a na oddziale ratunkowym to już w ogóle. To jest ostatnie miejsce, do którego medycy chcą przychodzić do pracy. Zazwyczaj są to zapaleńcy albo ludzie, którzy potrzebują dorobić, albo tacy, którzy z jakichś przyczyn nie mają innej możliwości. Tu jest nie tylko duże obciążenie fizyczne i psychiczne, ale też bardzo dużo chaosu, dużo kontaktu z różnymi warstwami społecznymi, awantur, groźnych sytuacji i mało kto chce w to wchodzić. W Polsce średnia wieku pielęgniarki to 54 lata i na każdym oddziale brakuje ludzi do pracy. Kolejna sprawa to problemy z wyposażeniem, sprzęt się często psuje, jest chaos organizacyjny.

To wszystko powoduje, że czas spędzany w poczekalni na SOR-ze jest długi. Inna kwestia – że ludzie oczekują, że wszystko będzie przy nich robione natychmiast. Dla przykładu – w badanie krwi w moim szpitalu jest zaangażowane osiem osób i od momentu, kiedy ja wbiję igłę, do momentu, kiedy lekarz ma wynik, mija dwie i pół godziny. Pacjent wtedy siedzi i myśli: „Nikt się mną nie zajmuje”. A tego się nie da przyspieszyć. Albo są leki, które w kroplówce muszą kapać przez określony czas, potem ten lek musi się wchłonąć, musimy poczekać na wynik…

Procedury, które w przychodni trwają dwie doby, tydzień, miesiąc, my załatwiamy np. w sześć godzin. To jest cito. Jesteśmy w stanie zrobić to w ciągu godziny tylko u pacjenta, który właśnie umiera, ale to dezorganizuje pracę całego oddziału. Reszta pacjentów jest w zawieszeniu, tylko pilnujemy, żeby nie umarli. Dla nas priorytetowy jest ten najcięższy. Około 70 procent naszych pacjentów nie powinno się tu znaleźć, bo są w „za dobrym stanie”. Powinni być leczeni w podstawowej opiece zdrowotnej, ale ponieważ system jest niewydolny, to nie ma kto się nimi zająć. I to wydłuża czas oczekiwania.

(…)

Czy chrześcijanin może być lepszym medykiem niż niechrześcijanin?

Chrześcijanin na pewno byłby lepszym medykiem niż każdy inny. Tylko jest bardzo trudno znaleźć prawdziwego chrześcijanina i na tym chyba polega cały problem. Ja się za takiego nie uważam. Mogę nazwać się chrześcijaninem, bo jestem ochrzczony, bo staram się żyć według tego, co wierzę że Bóg dla mnie chce. Ale nie w takim znaczeniu, że jestem w stanie oddawać życie, nawet nie w sensie fizycznym jak Maksymilian Kolbe, ale po prostu rezygnować z siebie dla innych ludzi. Mnie do chrześcijanina bardzo daleko.

(…)

Zapraszamy do lektury całego wywiadu z Mateuszem Sieradzanem, jaki zamieszczamy w najnowszym numerze 6/2020 „LaSalette” Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej z tematem przewodnim <<Troska o zdrowie>>.

 

Zostań prenumeratorem naszego saletyńskiego dwumiesiecznika!


Zostań prenumeratorem naszego saletyńskiego dwumiesiecznika! Szczegóły – >TUTAJ


.

 

.